Na 91,6 FM oraz w internecie możesz słuchać Akademickiego Radio Luz.
Zamiast klimatyzacji – pnącza i przewietrznie. Czego uczą nas przedwojenne wrocławskie osiedla?
Niecka retencyjna na osiedlu Księże Małe / fot. Aleksandra Gierko
Czy przedwojenne osiedla Wrocławia skrywają receptę na zmiany klimatu? O błękitno-zielonej infrastrukturze lat 20. XX wieku, zapomnianych rozwiązaniach i lekcjach płynących z modernizmu mówi dr inż. arch. kraj. Aleksandra Gierko, badaczka urbanistyki i mikroklimatu miasta z Politechniki Wrocławskiej.
W swojej pracy naukowej dr Aleksandra Gierko z Katedry Architektury Użyteczności Publicznej, Podstaw Projektowania i Kształtowania Środowiska Wydziału Architektury zajmuje się badaniem terenów otwartych osiedli mieszkaniowych projektowanych i powstających przed 1945 rokiem w ramach nurtu modernistycznego.
Jej praca doktorska na temat położonych na północy Wrocławia dawnych pól irygacyjnych została doceniona nagrodą Ministra Rozwoju, a w 2022 r. otrzymała grant Miniatura Narodowego Centrum Nauki na wyjazd badawczy do Berlina i Frankfurtu nad Menem w ramach projektu „Na zewnątrz budynków – ku zrozumieniu krajobrazu przedwojennych osiedli modernistycznych w obliczu wyzwań współczesności”. Przez ostatnie pół roku przebywała z kolei w TU Darmstadt, również prowadząc badania dotyczące przedwojennych osiedli.
Michał Ciepielski: Pani projekty badawcze łączą historię z nowoczesną inżynierią. Dlaczego tym razem wybór padł na przedwojenne osiedla we Wrocławiu i w Niemczech?
Dr inż. arch. Aleksandra Gierko: Punktem wyjścia do moich badań były osiedla i zespoły mieszkaniowe przedwojennego Breslau, które następnie starałam się porównać z realizacjami na terenie współczesnych Niemiec. To zupełnie nowe pole badań, ale łączy je wspólny motyw, czyli poszukiwanie inżynierskich rozwiązań, które poprawiają jakość środowiska życia mieszkańców miast. Zauważyłam, że wiele rozwiązań projektowych zastosowanych na osiedlach zostało zapomnianych w wyniku naturalnych procesów, przebudów czy wymiany ludności. Co ciekawe, w historycznych planach i danych można odnaleźć rozwiązania, które dzisiaj moglibyśmy nazwać błękitną i zieloną infrastrukturą. Okazuje się, że koncepcje sprzed wieku są zaskakująco nowoczesne.
Które konkretnie osiedla we Wrocławiu stały się dla Pani „laboratoriami” badawczymi?
Zajmuję się zarówno osiedlami istniejącymi, jak i tymi, które już zniknęły z mapy miasta. Przeanalizowałam m.in. część Gajowic, Sępolno, Księże Małe, osiedle kolejarskie na Tarnogaju oraz dawny Westend na Szczepinie. Interesujące są też przykłady nieistniejące, jak osiedle Popowice czy wprowadzone częściowo, jak realizacja przy ul. Krzywoustego. To ostatnie to właściwie trzy rzędy zabudowy, które miały być częścią większego założenia urbanistycznego, ale zdołano ukończyć tylko fragment wraz z kompleksem ogrodów działkowych. Na szczęście dotrwały do naszych czasów w niemal niezmienionych kształcie. Wybierałam te miejsca ze względu na ich skalę i fakt, że są to zespoły mieszkaniowe, najczęściej wielorodzinne, powstałe przed rokiem 1933, kiedy to dojście NSDAP do władzy całkowicie zmieniło linię projektową w urbanistyce.
Skoro już wspomniała Pani o kontekście historycznym. Co takiego wydarzyło się sto lat temu, że zaczęto tak dużą wagę przykładać do jakości życia na osiedlach?
To był czas wielkiego szoku po I wojnie światowej, która dla całej Europy była traumatycznym doświadczeniem, a do tego doszła pandemia grypy hiszpanki. Miasta były zdepopulowane, a jednocześnie ludzie masowo do nich ciągnęli w poszukiwaniu pracy. Warunki bytowe w Breslau lat 20. były, mówiąc wprost, fatalne. Ludzie żyli w przeludnionych pomieszczeniach, bez dostępu do światła, co sprzyjało chorobom. To był impuls do stworzenia nowych koncepcji urbanistycznych. Powstawały towarzystwa budowlane współpracujące z miastami i zatrudniające wybitnych architektów, by projektowali całe osiedla społeczne. Ich standardy były niezwykle wysokie, porównując do realizacji z końca XIX wieku – na przykład zakładano, że aż 50% terenu osiedla powinna stanowić zieleń. Dla porównania, dzisiejsze standardy tzw. powierzchni biologicznie czynnej to zazwyczaj około 30%, i to często wliczając w to zieleń na dachach garaży podziemnych, która nie ma najczęściej wysokiej wartości przyrodniczej.
Zdjęcie lotnicze Gajowic z zaznaczonymi elementami błękitnej (Kwaśne Źródło) i zielonej infrastruktury
https://www.herder-institut.de/bildkatalog/iv/60638
A jakie konkretnie „zielone” rozwiązania odnalazła Pani w dawnej architekturze?
Bardzo ciekawym przykładem jest choćby „Kwaśne Źródło” (niem. Sauerbrunn) na osiedlu Gajowice. Był to teren uregulowany na początku XX wieku, funkcjonował jako prywatny zbiornik wodny i był udostępniany publicznie, stając się tym samym miejscem rekreacji. Oprócz zbiornika istniał też pawilon będący pijalnią wód mineralnych, choć rzeczywiste źródło wody mineralnej było kilka przecznic dalej. Jeszcze w 1947 roku na zdjęciach lotniczych widać zniszczony pawilon i staw, ale później zdecydowano o jego zasypaniu. Dziś jest tam boisko szkolne przy ul. Jemiołowej. Mimo to, pamięć o tym miejscu jest wciąż żywa – podczas prowadzonych przez władze miasta konsultacji społecznych mieszkańcy Gajowic przywoływali staw z otaczającym go zieleńcem jako istotny brak w ich przestrzeni rekreacyjnej.
Co z innymi osiedlami?
Księże Małe to z kolei świetny przykład wczesnej retencji. Ze względu na niewydolność znajdującej się przy Parku Wschodnim przepompowni, architekci musieli znaleźć sposób na zagospodarowanie wody deszczowej na miejscu. Z archiwalnych planów MPWiK wynika, że do kanalizacji ogólnej podpięto tylko instalację sanitarną, a woda opadowa była odprowadzana bezpośrednio na tereny zielone. W trawnikach zaprojektowano specjalne niecki, które dziś moglibyśmy nazwać nieckami retencyjnymi. Podobne rozwiązania zastosowano na osiedlu przy ul. Krzywoustego, gdzie budynki sytuowano kaskadowo, a wodę odprowadzano do rowu odwadniającego ogrody działkowe. To dowodzi, że już wtedy urbaniści adaptowali zastane elementy środowiska przyrodniczego, zamiast je po prostu niszczyć.
To brzmi jak prekursorskie podejście do ekologii. Czy ówcześni architekci świadomie dążyli do stworzenia „zielonych miast”?
Można tak powiedzieć. Ernst May, niemiecki architekt i urbanista modernistyczny, zanim wyjechał do Frankfurtu, działał we Wrocławiu i to tu kształtowały się jego idee. Proponował m.in. koncepcję tzw. Trabanten – miast satelitarnych wokół Wrocławia, które miały zapewniać odpowiednie przewietrzanie centrum i zapobiegać jego dogęszczaniu. Ówczesne projekty urbanistyczne opierały się na haśle: Luft, Sonne, Hygiene – powietrze, słońce, higiena. Mieszkania miały być rozkładowe, by łatwo je było wietrzyć, a dostęp do słońca uznawano za prawo każdego mieszkańca. Fasady budynków projektowano tak, by były zazielenione pnączami sadzonymi u podstawy murów. Na zdjęciach Sępolna z lat 50. XX w. widać jeszcze ściany całkowicie pokryte zielenią. To była integralna część architektury.
Zdjęcie ulicy na Sępolnie w latach 50. XX w. / fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Teraz obserwujemy powrót do tych rozwiązań w ramach inicjatywy Nowego Europejskiego Bauhausu. Jak mocno ten projekt czerpie z założeń oryginalnej koncepcji niemieckiego Bauhausu?
Są one ze sobą bezpośrednio powiązane. Chodzi o budowanie w sposób funkcjonalny i ekonomiczny, ale przy zapewnieniu wysokiej jakości życia, estetyki i powrotu do natury. Moje badania pokazują, że nie zawsze potrzebujemy skomplikowanych technologii. Czasami wystarczy powrót do sprawdzonych metod, a historyczne projekty mogą być w tym zakresie bezcenną inspiracją.
Obecnie zajmuje się Pani również tematyką mikroklimatu miast. Czy badania historycznych osiedli są z tym mocno powiązane?
Właśnie kończę półroczny pobyt naukowy w Darmstadt, gdzie zajmowałam się modelowaniem mikroklimatu terenów zewnętrznych i wykorzystuję historyczne osiedla jako obiekty badawcze. Razem ze studentami z TU Darmstadt tworzymy modele fragmentów takich założeń, jak np. osiedle Römerstadt we Frankfurcie, i badamy je pod kątem komfortu termicznego czy przewietrzania. Co ciekawe, studenci architektury często nie wiedzą o rozwiązaniach stosowanych w latach 20. XX w., więc takie seminaria są dla nich bardzo wartościowe. Pozwala nam to szukać wzorców, które można by przełożyć na współczesne planowanie.

Berlin Gartenstadt am Suedwestkorso / fot. Aleksandra Gierko
Czy w Niemczech podejście do historycznej zabudowy miejskiej bardzo różni się od tego, z czym mamy do czynienia w Polsce?
W Niemczech historyczne osiedla są bardzo dobrze udokumentowane i często podlegają ścisłej ochronie, jak choćby sześć modernistycznych osiedli na terenie Berlina wpisanych na listę UNESCO (tzw. Berliner Siedlungen der 1920er Jahre). Tam dąży się do rekonstrukcji pierwotnych założeń, także w zakresie zieleni. U nas niestety często brakuje takiego podejścia. Przykładem może być Księże Małe, gdzie dawne rzędowe nasadzenia dębów czerwonych, są zastępowane nowymi nasadzeniami w sposób dość chaotyczny. Warto pamiętać, że zieleń na osiedlach międzywojennych była często precyzyjnie zaprojektowana – każda brama miała na przykład swój wydzielony teren sąsiedzki. Dziś to się niestety zaciera w wyniku doraźnych decyzji zarządców.
Jakie są Pani dalsze plany badawcze po powrocie na PWr?
Chciałabym kontynuować łączenie badań historycznych ze współczesną technologią oceny mikroklimatu. Uważam, że te dawne rozwiązania, jak pola irygacyjne czy właśnie modernistyczne osiedla, to nie tylko zabytki, ale żywe lekcje, które możemy „przetłumaczyć” na język współczesnej architektury, by nasze miasta były zdrowsze i bardziej odporne na zmiany klimatu.
mic

