Jeśli czujesz, że jesteś traktowany niesprawiedliwie ze względu na płeć, kolor skóry czy orientację seksualną, albo po prostu gorzej niż inni, lub gdy po prostu chcesz porozmawiać i potrzebujesz wsparcia, to możesz to zrobić na stronie rowna.pwr.edu.pl.
Prof. Andrzej Mulak skończył 90 lat! „Miałem szczęście pracować z dobrymi ludźmi” [WYWIAD]

Prof. Andrzej Mulak, rektor Politechniki Wrocławskiej w latach 1996-2002, skończył 90 lat. W okolicznościowej rozmowie mówi m.in. o tym, że sens życia polega na ciągłym poznawaniu świata, w coraz nowych odsłonach.
Prof. Andrzej Mulak urodził się 8 lipca 1936 r. w Krakowie. W latach 1953-1959 studiował na Wydziale Łączności Politechniki Wrocławskiej, a od IV roku studiów był także zastępcą asystenta w Katedrze Elektroniki. Jednocześnie zajmował się projektowaniem i konstrukcją lamp mikrofalowych w Przemysłowym Instytucie Elektroniki.
W 1965 r. uzyskał stopień doktora nauk technicznych, a w 1968 roku tytuł magistra matematyki na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. W 1975 roku – po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego – powołany został na stanowisko docenta. Tytuł profesora nadzwyczajnego otrzymał w 1986 r. Od 1996 r. zajmował stanowisko profesora zwyczajnego.
Od 1968 r. był pracownikiem Zakładu Optyki Elektronowej w Instytucie Technologii Elektronowej Politechniki Wrocławskiej. W latach siedemdziesiątych XX w. zajmował stanowisko kierownika Studium Doktoranckiego, a w latach 1981-2001 kierownika Zakładu Elektronowiązkowych Badań Powierzchni. Był zastępcą dyrektora ds. badań naukowych i rozwoju kadry naukowej Instytutu Technologii Elektronowej (1987--1990), przez dwie kadencje (1990-1996) dziekanem Wydziału Elektroniki, a w kolejnych latach rektorem uczelni (1996-2002).
Aktywnie uczestniczył w pracach środowiska akademickiego: był wiceprzewodniczącym Kolegium Rektorów Uczelni Wrocławia i Opola, wiceprzewodniczącym Konferencji Rektorów Polskich Uczelni Technicznych, członkiem prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich oraz przewodniczącym Komisji Integracji, Partnerstwa i Standardów Akademickich tego gremium.
Pełnił funkcję prezesa Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego. Był członkiem licznych organizacji naukowych: Stowarzyszenia Elektryków Polskich, Polskiego Towarzystwa Elektrotechniki Teoretycznej i Stosowanej, International Society for Optical Engineering.
Główne dziedziny zainteresowań naukowych prof. Andrzeja Mulaka to optyka elektronowa, elektronika ciała stałego i badanie powierzchni ciała stałego z wykorzystaniem wiązki elektronów, a w szczególności niekonwencjonalne metody elektronowej mikroskopii skaningowej.
Jest autorem ponad 60 publikacji, dwóch monografii i trzech książek. Spod jego ręki wyszły również referaty i komunikaty wygłoszone na 35 konferencjach.
Prof. Andrzej Mulak został odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej oraz Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju. Doktor honoris causa Politechniki Lwowskiej (2001 r.).
Za swoją działalność na rzecz naszej uczelni otrzymał w 2025 r. Złotego Lwa Politechniki Wrocławskiej.
„Miałem szczęście pracować z dobrymi ludźmi”.
Wywiad z prof. Andrzejem Mulakiem,
rektorem Politechniki Wrocławskiej w latach 1996-2002.
Podręcznik z rachunkiem różniczkowym i całkowym Leji może być księgą zaklęć dla małego chłopca?
Książki do matematyki i fizyki były dla mnie niesamowitym magnesem, zwłaszcza że nasza domowa biblioteka to były głównie pozycje biologiczne i historyczne. Z wypiekami na twarzy czytałem także kolejne numery pisma miłośników astronomii „Urania”. To było jak magia, jak brama do innego świata, do którego bardzo chciałem wejść.
Łatwo nie było, bo abstrakcji – o czym się czasem zapomina – trzeba się nauczyć. Dzisiaj trenuję to z wnukiem, który ma pewne zdolności matematyczne. Iksy i igreki trzeba dobrze przećwiczyć. Na studiach matematycznych rozwiązałem kilka tysięcy zadań, więc mogę powiedzieć, że mam tu pewną wprawę.

Kończył Pan jednak studia na Wydziale Łączności, obecnie Elektroniki. Dlaczego pałając taką wielką miłością do matematyki, zaczął Pan pracę w katedrze technologicznej?
Sam się czasem zastanawiam… Może wpływ na to mieli rodzice? Po olimpiadzie fizycznej, gdzie dobrze mi poszło, wydawało się naturalne, że wybiorę się na studia związane z matematyką lub fizyką. Wątpliwości pojawiały się, kiedy rozmawialiśmy o mojej przyszłej pensji nauczycielskiej. Lepszym wyborem wydawały się studia inżynierskie.
A katedra? To były takie czasy, jeden brał jakąś rtęć i ją destylował, inni coś pompowali, kolejni mozolili się z zatapianiem jakiejś lampy. I co matematyk ma z tym wspólnego? No tak się potoczyło… Ale dopiąłem swego! I skończyłem jeszcze zaocznie matematykę na Uniwersytecie, żeby tę swoją miłość zrealizować. Byłem asystentem i jednocześnie studiowałem, nie było tu żadnej kolizji, za to czułem się spełniony.
W czasie studiów miał Pan swojego mistrza, który otwierał przed Panem bramy tego magicznego świata?
Może nie mistrza, ale wzór. Był nim mój kuzyn. Przez całe studia mieszkaliśmy razem. Adam Żuchowski później przeniósł się na Politechnikę Szczecińską i przez krótki czas był tam rektorem w czasach Solidarności. Był z niego jeszcze większy indywidualista niż ze mnie, na swój sposób go podziwiałem i na pewno nasz wspólny czas studencki odcisnął na mnie spore piętno.
Mieszkaliśmy na ulicy Witelona, w pewnej… wnęce. To była słynna willa profesorska, oczywiście przedwojenna. Na dole mieszkał profesor Henryk Kuczyński, natomiast na piętrze mieszkał Leonard Kuczyński, jego brat, farmaceuta, profesor Akademii Medycznej. A my jako tak zwani lokatorzy „z Księżyca” mieszkaliśmy na najwyższym pięterku w mansardowym pokoju. To były – nie ukrywajmy – bojowe czasy. Pokoik był trzy na trzy metry, łóżko, tapczan i biała duża szafa…
Ważniejsze jest jednak to, czego nie było – nie było podwójnych szyb, a w jednej nawet mała przestrzelinka, po kuli, której jakoś nikt nie załatał. W zimie musieliśmy się hartować, przeżyliśmy atak mrozów minus 20 stopni. Trudno było spać. Próbowaliśmy zasypiać w płaszczach, przykrywać czym się dało, przytulać się do kaloryfera, który był już letni, bo na to górne piętro ciepło prawie nie dochodziło. Atrament nam zamarzał… Pamiętam, jak z baru przynosiliśmy mleko, robiliśmy kogel-mogel, mieszaliśmy, stawialiśmy na parapecie i mieliśmy lody.
W takich warunkach trudno chyba mówić o imprezach i przyjmowaniu gości, wychodziliście raczej do miasta?
Wtedy nie było imprez jak dzisiaj!
Tylko nauka?
Nie tylko, ale w tych czasach – proszę mi wierzyć – nie było tak zwanego życia studenckiego, jakie znamy teraz. Nie było jakiegoś klubu, gdzie studenci chodziliby potańczyć, pobawić się. Było dużo oficjalnych zebrań, więc trudno tu mówić o bujnym życiu studenckim.
Ale nie brakowało nam fantazji. Przed gmachem głównym stawał samochód wyglądający na poczciwego Forda T, którego właścicielem był prorektor prof. Tworowski. W pewien prima aprilis studenci wynieśli ten samochodzik na najwyższe piętro budynku.
Nauka nauką, ale młodzi ludzie się przecież jakoś poznawali, chodzili gdzieś na randki?
Zdarzało się, owszem, ale to naprawdę były inne czasy. A poza tym, tego wspomnianego czasu nam zwyczajnie brakowało. Proszę pamiętać, że mieliśmy pięćdziesiąt kilka godzin zajęć tygodniowo. Zaczynaliśmy codziennie o godzinie siódmej trzydzieści, także w soboty, i mieliśmy zajęcia często do godziny 21.
Kiedy więc miałaby się odbyć ta impreza? Poza tym jakie kluby muzyczne? Oficjalnie muzyka w tych czasach musiała być melodyjna i najlepiej, żeby to były z radia nadawane skoczne marsze. Jazz był zupełnie tępiony.
Na trzecim roku byłem na uroczej praktyce w Bydgoszczy, na osiedlu Szwederowo. W tamtejszej fabryce kolega, Janusz Olejniczak, który wykorzystał sytuację, że dyrekcja tego przedsiębiorstwa nie była specjalnie gramotna, grywał standardy jazzowe.
To był ‘56 rok i można powiedzieć, że jakieś imprezy wtedy już były, ale niezbyt legalne. Gdyby to wyszło, Janusz miałby ogromne kłopoty. I to tylko dlatego, że grał jazz.
To w młodości się Pan niewiele pobawił.
Nie, niespecjalnie. Byłem dość zamkniętym chłopcem, zawsze w towarzystwie gdzieś na boku. Wpływ mojego kuzyna też tu był ogromny. Adam też był spokojnym człowiekiem, poważnym, mimo młodego wieku, trochę melancholikiem. Na studiach zresztą bez przerwy pisał wiersze. Trochę podobne do poezji Asnyka. Czytał mi je. Zawdzięczam mu ciepły stosunek do muzyki poważnej. Adam nie uznawał w ogóle muzyki rozrywkowej.
To zresztą jest trochę odpowiedź na mój brak imprezowania w młodości. Stale powtarzał mi: Jaka muzyka rozrywkowa! Nie mieliśmy też na czym jej słuchać. Dopiero na czwartym roku zdobyłem jakiś stary odbiornik, który działał jedynie, jak się go mocniej walnęło i wymieniło lampy – bez przerwy się przepalały.
Kuzyn grał przepięknie na flecie. Grywał też w studenckim zespole muzycznym. Chodziliśmy też często na koncerty. Pamiętam te w naszej auli. Było to miejsce pełne uroku. Aula była kiedyś dużo skromniejsza, za to miała boazerie, które doskonale wpływały na dźwięk. Ach, cóż to była za akustyka!
A jaką muzykę się wówczas grywało?
To były czasy, kiedy Wrocław nie miał jeszcze swojej orkiestry. Była w Opolu, bo tam przyjechało więcej muzyków ze Lwowa. Zatem przyjeżdżał do nas maestro Malinowski z zespołem. Podczas pewnego koncertu Adam, który był bardziej rozwinięty muzycznie mówi: Słuchaj, to jest dobra orkiestra, ale oni mają pęknięty fagot. Instrument miejscami trochę fałszował, to prawda, ale nic innego nie mieli i nie mieli gdzie kupić.
Na koncerty chodziliśmy intensywnie. Naliczyłem, że podczas studiów byliśmy na kilkudziesięciu.
To był – co ciekawe – zresztą dość zamknięty krąg wybranej muzyki, kompozytorów. Na przykład nie było w ówczesnych repertuarach Vivaldiego. Proszę sobie wyobrazić, że on wtedy prawie nie był znany!

W przedwojennym podręczniku muzycznym pisano, że Vivaldi to nieciekawy kompozytor włoski, który – co dodawano z lekkim przekąsem – pisał muzykę ilustracyjną. A potem znaleziono całe walizy jego muzyki. Vivaldi stał się gigantem dopiero w latach 70.
Dla nas najważniejszy był Beethoven, romantyzm w ogóle, wszyscy się nim zachwycaliśmy. Schubert, Brahms. Tego mogliśmy wówczas słuchać od rana do nocy. Ta miłość zresztą jest ze mną cały czas, może już nie tak intensywna, bo z kilkudziesięciu koncertów rocznie zrobiło się kilkanaście, ale wciąż zachwycam się muzyką, dzisiaj szczególnie barokową. Regularnie odwiedzam nasze Narodowe Forum Muzyki. Jest wspaniałe. Dzięki temu obiektowi mamy tu muzycznie już Europę. Byłem tam zresztą kilka dni temu. Skłamałbym, że tylko na koncercie, byłem jeszcze na proteście przeciwko ustawom sądowniczym przed wejściem na koncert.
Na owych protestach można spotkać nie jednego rektora Politechniki. Regularnie jest na nich profesor Wiszniewski. Oczywiście! Mam dla niego wielki szacunek. Profesor często tam przemawia. To bardzo aktywny człowiek. Wzór postawy obywatelskiej.
Obaj byliście rektorami w czasach pełnych wyzwań dla naszej uczelni. Pan był następcą prof. Wiszniewskiego. Łatwiej dostrzega się błędy poprzednika czy docenia jego zasługi?
Jest zasada, że szanujemy się nawzajem i mamy szacunek dla swojej działalności. Co ciekawe, w zderzeniu z naszymi – moimi i profesora Wiszniewskiego – poglądami, obaj mamy wieki szacunek do działań profesora Porębskiego. Mimo że był to zaangażowany działacz Polski Ludowej, członek Biura Politycznego.
Jednak jeśli chodzi o naszą uczelnię, ma on wielkie zasługi. Mogę to szczerze powiedzieć, widziałem na własne oczy, jak zmieniła się Politechnika, jak urosła jej ranga jako uczelni pod jego rządami.
Kiedy zostałem przyjęty na Politechnikę Wrocławską, był to ósmy rok istnienia uczelni. Istnienia, to za dużo powiedziane. Ona praktycznie ledwo co funkcjonowała. Był rektor, było dwóch prorektorów, biur mało, głównie kwestura, która zajmowała jedną dużą salę. Siedziały tam groźne panie, które nas traktowały dość ostro (pamiętam, bo potem chodziłem tam jako asystent z papierami do rozliczeń).
Mało było profesorów, większość kadry dydaktycznej to byli inżynierowie. I tu taka anegdota – proszę sobie wyobrazić od czego zależało, czy ktoś był profesorem na Politechnice. Jak mieszkał blisko Placu Grunwaldzkiego, to był profesorem. A jak mieszkał na Oporowie albo gdzieś dalej, na „dzikim zachodzie”, to nie mógł być profesorem, bo było niebezpiecznie dojeżdżać na uczelnię.
Zostawał więc inżynierem w Pafawagu, w Dolmelu.
Dlaczego wykładali głównie inżynierowie? Brakowało profesorów, a także – zwyczajnie – przed wojną nie było niektórych specjalności. Na przykład elektroniki nigdzie nie było, więc jak można było zostać profesorem z tej dziedziny? Wydział Elektryczny był, ale wywodził się przecież z Mechanicznego. I tak to po wojnie wyglądało: był profesor, była kadra – tworzono wydział. Nie było kadry – nie było wydziału. Zresztą historia nauki we Wrocławiu to przecież historia jednej ciężarówki.
Która przyjechała z Krakowa.
Tak. 6 maja padła Twierdza Wrocław, a 9 przyjechała ciężarówka z profesorami i asystentami. Niestety, prawie tylko z Uniwersytetu, z Politechniki zaledwie garstka. Na pewno za mało, żeby tworzyć odrębną uczelnię. Funkcjonowały więc Uniwersytet i Politechnika razem, jak swego rodzaju inkubator.
Naprawdę niewiele tu wówczas było. Kiedy kilka lat później dostałem się na uczelnię, tam, gdzie są dzisiaj budynki elektroniki, były ogródki działkowe. Funkcjonowały jeszcze takie ulice jak Ludwisarska, na której był zakład odlewniczy dzwonów. To był zupełnie inny świat.

Wrocław jeszcze był w gruzach, niesamowite wrażenie robiły pryzmy tych ruin. Pomiędzy nimi jeździły tramwaje. Na pl. Grunwaldzkim linie numer 1 i 4. Mnóstwo studentów nimi jeździło: rano na zajęcia, a później, około godziny 13.00, wszyscy wyjeżdżali do stołówek.
Baru Miś jeszcze nie było. Gdzie więc jedliście?
Jedna stołówka była na ul. Wystawowej, czyli właściwie w Hali Ludowej. Były też stołówki na Wróblewskiego, w hotelu Polonia czy na Wojciecha z Brudzewa – tam głównie medycyna chodziła, ale i nam się zdarzało. Na obiad mieliśmy dwugodzinną przerwę, co dzisiaj wydaje się mnóstwem czasu, ale tramwaje wolno jeździły, było ich niedużo, studenci zwykle wisieli na zewnątrz, bo się nie mieścili, kolejki w samych stołówkach były ogromne, więc na obiad zostawało niewiele czasu.
Jedliśmy skromne rzeczy, jak to studenci. Nie było zbyt wielkiego wyboru, raczej kuchnia jak w wojsku. Jakość tych obiadów też nie była najlepsza. Czasem trafiało się wszystko niedogotowane, czasem przypalone. Fundowano nam czasem niezły rozstrój żołądka. Największą tragedią była ryba, to znaczy dorsz. Nie było żadnych lodówek, więc dorsze, które docierały do Wrocławia, były w stanie słabo już nadającym się do jedzenia. Jak szliśmy na Wystawową, już na wysokości mostu Zwierzynieckiego czuć było, że będą owe dorsze.
Nie kusiły was wagary? Choćby do Parku Szczytnickiego?
Wagary nie, ale chodziliśmy tam na długie spacery. Kiedy było ciepło, układaliśmy się tam na kocykach. Czasem chodziliśmy nad Odrę. Mieliśmy takie towarzystwo, które nazywaliśmy Bandą. Nazwa jest trochę myląca.
Szkoda.
Było nas tam sześciu chłopaków z różnych grup na naszym roku na Wydziale Łączności. Wspólnie przygotowywaliśmy się do egzaminów. Byliśmy kompletnie różni. Koledzy namiętnie grali w brydża, co mnie momentami nudziło, traktowałem brydż jako złodzieja czasu.
Z Pana głową i zamiłowaniem do matematyki, mogłaby być to Pana ulubiona rozrywka. Byłby Pan w niej mistrzem.
Powtarzalność gier mnie nuży. Ile można grać w to samo. Zresztą bardzo słabo grałem w brydża.
Ktoś z Bandy specjalizował się w procesie fermentacji tak lubianej przez studentów?
Nasz kolega Tadzio robił wina. Kiedyś odwiedzamy go na stancji, a Tadzio ma cały galon wina z buraków! My do niego: Zwariowałeś! A Tadzio: Nie, nie, to będzie dobre wino.
Przepis na to wino podawał, że koniecznie trzeba całe jajko do tego wina wrzucić. Nie wiem do końca co to miało wspólnego z robieniem wina, ale istotnie, jajko wylądowało w środku, a po jakimś czasie, kiedy je wyciągnęliśmy, skorupka rozpuściła się, została błona, którą przekłuliśmy i na własne oczy zobaczyliśmy, czym jest osmoza. W środku był barszcz.
A wino chociaż było dobre?
Nie przypominam sobie, żeby było rewelacyjne, ale jakieś próby jego wypicia na pewno były.
Wszystko tak w męskim gronie? W Bandzie nie było dziewczyn, a na uczelni, na roku?
Na naszym roku było na początku około 120 osób, ale to były czasy, kiedy na Politechnice było tylko kilka tysięcy studentów. Za czasów na przykład rektora Porębskiego było już 14 tysięcy.
I tak, mieliśmy koleżanki, było ich może trochę mniej, ale ogromnie je szanowaliśmy, zarówno intelektualnie, jak i towarzysko. Były nawet też jakieś integracyjne imprezy międzyuczelniane, tak słyszałem, bo w nich nie uczestniczyłem.
Uniwersytet organizował na przykład Andrzejki. Wtedy były zaproszenia między uczelniami, imprezy odbywały się w akademikach. Pamiętam, że studenci z Politechniki, którzy mieli mało koleżanek chadzali na zabawy do studentek Akademii Medycznej, bo tam z kolei brakowało chłopaków.
Od imprez Pan stronił.
Byłem młodzieńcem trochę nieprzystosowanym społecznie, nie nadawałem się do życia w akademiku, do imprez. Nie interesowało mnie to. Na początku, będąc we Wrocławiu, czułem się totalnie zagubiony, rzucony na głęboką wodę. Tęskniłem za domem. Potrafiłem jednego dnia zdać trzy egzaminy, żeby móc pojechać do domu.
Bo ten dom, nawet w czasach powojennych, kojarzył się z dzieciństwem „sielskim, anielskim”?
To już był inny dom, inne miejsce na mapie. Urodziłem się osiem lat przed wojną w Krakowie. Ojciec był rozchwytywanym lekarzem weterynarii, miał doktorat, pracował w Instytucie Bakteriologii. Wtedy rzeczywiście to było dla mnie sielskie życie. Przy ówczesnej pensji nauczycielskiej 120 złotych, ojciec zarabiał dużo więcej.
Nasze dostatnie życie przerwała wojna. Niemcy wyrzucili nas z mieszkania i przenieśliśmy się do Czernichowa, pod Kraków. To przepiękna miejscowość – położona na wzgórzach nad meandrującą Wisłą, wśród lasów bukowych i łąk. Była tam najstarsza w Polsce szkoła rolnicza. Ojciec wykładał tam weterynarię i hodowlę. Szkoła, za cichym pozwoleniem władz podziemnej Polski, działała w czasie okupacji. Uczniowie byli zgrupowani w oddziałach AK.
Mieszkałem tam do dwunastego roku życia. Mimo trudnych czasów – tak, był to dla mnie szczęśliwy kraj dzieciństwa. Potem kolejny raz przeprowadziliśmy się do Wielkopolski, do Gostynia Poznańskiego. Tam już na pewno nie było sielsko.

Przeprowadzka wynikała z kariery Pana ojca?
Patrząc na jego status materialny, na zarobki, można by sądzić, że był osobą niezwykle zaradną, ale te pieniądze przychodziły mu jakby przypadkiem. Jego interesowała praca, był w niej wybitnym fachowcem, miał rzadką specjalizację weterynaryjną o nazwie: zwalczanie niepłodności bydła.
W Wielkopolsce został powiatowym lekarzem weterynarii w Gostyniu. To powiat ze słabymi glebami, same PGR-y utworzone z 48 przedwojennych folwarków. Krowy stały tam bez opieki weterynaryjnej. Ojciec wsiadał w taksówkę i jeździł od jednego PGR-u do drugiego. I ten zwykły rolniczy powiat w końcu produkował więcej mleka niż całe województwo kieleckie. Ojcu dali order, po czym zwolnili z pracy.
Osobliwe podziękowanie.
Ojciec był bardzo prostolinijny i w czasach szalejącej komuny w ’53 roku – szczyt stalinizmu – miał napisać swój życiorys, m.in. skąd pochodzi, kim są rodzice. I napisał, że zginęli na Syberii. No to dali mu order i zwolnili. Co za tym idzie moje życie studenckie musiało być już bardzo skromne. Na początku nie miałem nawet stypendium.
Za sto złotych kupowałem obiady (jeden obiad kosztował jakieś 3 złote), 300 złotych płaciłem za mieszkanie i zostawała mi stówka na miesiąc. Przywoziłem z domu trochę jajek, smalec, robiłem z tego jajecznicę na kolację, a rano stać mnie było na mleko i bułkę bez masła za złoty czterdzieści.
Potem już było lepiej, kiedy zostałem na uczelni zastępcą asystenta.
I od tego rozpoczęła się Pana droga zawodowa na Politechnice, z którą jest Pan związany nieprzerwanie. Nigdy nie chciał Pan spróbować czegoś innego?
Byłem osobą, która żyjąc w tamtych czasach, przyjęła reguły panującej gry. Wiedziałem, z jakiego domu pochodzę, że politycznie jest on, delikatnie mówiąc, niepoprawny i widziałem, co się dzieje, kto rządzi, jakie są tam warunki. Ja to nazywam życiem pod szafą. Mój sufit to było dno szafy i jakoś tam sobie żyłem. Nie chciałem się nigdzie przepychać, bo wtedy wiele opierało się na partyjnym poleceniu. Wolałem być na uczelni, tu można było swobodniej oddychać.
Dopiero w latach 80. wyszedłem spod tej swojej szafy, zaktywizowałem się. Byłem jedną z trzech osób, które organizowały zebrania Solidarności na Politechnice wraz z docentem Chlebowskim i doktorem Myśleckim. Chodziliśmy po uczelni, rozmawialiśmy z ludźmi. Dla mnie to było pierwsze wyjście spod szafy.

Co takiego się stało, że porzucił Pan bezpieczne miejsce?
Po prostu poczułem, że to ma sens. Byłem przewodniczącym Solidarności w dużym instytucie. Nie chciałem jednak za bardzo awansować, wiedziałem, że taka gra nie dla mnie.
Dlaczego?
Miałem różne sygnały ostrzegające. W pewnym momencie zauważyłem, że na Politechnice nie ma władzy, nie ma energii dla pracy organicznej. Wszystko odbywało się w formule zebrań rozliczeniowych.
Liczyłem na to, że Solidarność, która wydawało się, że ma ogromną siłę sprawczą, tę energię zaszczepi. A tak się nie stało. Wciąż były spotkania, które zamiast o sprawach naukowych, dydaktyce, aparaturze, kończyły się oskarżeniami i rozliczeniami, że ktoś wywiózł zegar z Politechniki, a ktoś inny kawior z klubu uczelnianego. To mnie zniechęciło.
Ale kilka lat później jednak został Pan rektorem.
Ogólnie – to zabawne – miałem opinię człowieka, który nie nadaje się do żadnej administracji. Ale w którymś momencie, jeszcze przed Solidarnością, po namowie kolegów, zostałem w instytucie zastępcą dyrektora. Tak zarządzaliśmy ogromnym zespołem, 300-osobową jednostką.
A potem okazało się, że nasz instytut jest tak różny od pozostałych instytutów w ramach wydziału, że by niejako chronić nasze interesy, powinienem zgodzić się, by zostać dziekanem. Uważam, że wtedy kilka sekund zadecydowało o moim życiu.
Proszę o tym opowiedzieć.
Początkowo nie zamierzałem brać udziału w wyborach na dziekana. Przechodząc koło sali, w której już od dłuższej chwili odbywały się wybory, uległem jakiemuś impulsowi i wszedłem. Na sali walczyło dwóch kandydatów, którzy znaleźli się w klinczu wyborczym.
Niespodziewanie zgłoszono moją kandydaturę. Obliczono głosy i choć w to nie wierzyłem, zostałem dziekanem Wydziału Elektroniki. Byłem nim przez dwie kadencje, w latach 1990-1996. Mimo wielu trudności, czasy te wspominam z dużą sympatią. Uczelnia zmieniała się w oczach. Z entuzjazmem, w warunkach pewnej mizerii materialnej, unowocześniano organizację badań naukowych i organizację procesu dydaktycznego.
Ale bycie dziekanem to już wejście w prawdziwą uczelnianą politykę.
Tak. Podczas moich kadencji, wydział się zrobił największy, co zresztą nie było zupełnie moją zasługą. Szło całkiem nieźle. I znów padła propozycja, żebym tym razem wystartował na rektora.
Startowało nas wówczas trzech: profesor Luty, profesor Kremens i ja. Po byciu dziekanem i członkiem senatu uczelni, sporo już wiedziałem, jakie rządzą tu reguły. Podświadomie wypracowywałem sobie w tym gremium pewien wizerunek. Nie należę do osób, które siadają w pierwszym rzędzie. Za to starałem się zawsze merytorycznie wypowiadać, nie z ostrą krytyką, ale zaznaczałem, że mam swoje zdanie.
I okazało się, że mam opinię człowieka wyważonego, koncyliacyjnego. Moi kontrkandydaci chcieli wielu zmian na uczelni, niemal rewolucji. Ja odciąłem się od takich pomysłów. Powiedziałem, że nie zapowiadam rewolucji, chciałem zapewnić ludziom spokój do pracy i działania ewolucyjne. I to okazało się skuteczne.

Ale miał Pan poparcie gigantycznego wydziału.
Tak wygląda kuchnia wyborcza. Nie można siedzieć w domu i czekać, więc się odwiedza kolejne wydziały. Mnie jednak nie pasjonowała nigdy sama władza, nie chciałem nikomu niczego udowadniać. Taką postawę ludzie cenią. Do dziś – choć minęło przecież od mojego rektorowania sporo lat – pracownicy zwracają się do mnie z życzliwością.
Władzy Pan nie lubi, ale czy było coś, co podobało się Panu w byciu rektorem?
Jeden z moich kolegów, kiedy zobaczył, że mam szanse wygrać, zapowiedział: będziesz miał kolorowe życie. To jest trochę prawda. Rektor miał wtedy w Polsce kolorowe życie. Kiedy spoglądam na pracowite kadencje na przykład rektora Więckowskiego, widzę, że ja miałem więcej spokoju.
Było wtedy mniej pieniędzy, mniej więc było do wydawania. Trzeba było za to budować różnego rodzaju więzi, dbać o wizerunek uczelni.
Uczelnią tak naprawdę rządzi kolegium rektorskie. Są w nim rektor, prorektorzy, dyrektor administracyjny, czyli kanclerz oraz kwestor. Za moich czasów to był wspaniały skład, z dyrektorem Andrzejem Kaczkowskim, którego szczerze podziwiałem oraz panią kwestor Alicją Maniak, zarządzającą budżetem uczelni, będącym w tym czasie tysięczną częścią budżetu Polski.
Rektor więc, choć ma mnóstwo obowiązków w samej uczelni i na zewnątrz niej, sam właściwie nie rządzi. Jest za to zwolniony z zajęć dydaktycznych.
I ma do dyspozycji samochód służbowy. Z kierowcą.
Z kierowcą. I teraz pada pytanie: to co, panie Marianie, jedziemy? Jedziemy. Cały czas się wtedy jeździło. Gdzie? Na spotkania konferencji rektorów najbliższego regionu, czyli Wrocławia, Opola, Zielonej Góry i Częstochowy. Rotacyjnie w innym miejscu co miesiąc jest spotkanie. Każda uczelnia, goszcząca rektorów, chce się odpowiednio zaprezentować. Przechodzimy więc do prezentacji sal, laboratoriów, budynków, jest bankiet. To może upajać, prawda?
Oprócz tego jest KRASP, czyli konferencja krajowa rektorów. Tam już się jeździ po całej Polsce. Tak zwiedziłem niemal cały kraj. A są jeszcze wyjazdy zagraniczne! Współpraca z uczelniami z kilkunastu krajów. Trzeba utrzymywać kontakty, podpisywać umowy.
Ale z tego symbolicznego działania są plony. Myślę, że nawet większe w dzisiejszych czasach niż kiedyś. To jest ten kolor.
A samo bycie rektorem dodawało Panu skrzydeł czy raczej przytłaczało ciężarem?
I to, i to. Miałem świadomość, że w razie problemów, złych decyzji, odpowiedzialność za nie spadnie na mnie. Na szczęście nigdy nic dramatycznego się nie wydarzyło. Wtedy – może to trochę idealizuję, ale tak pamiętam – ludzie tworzyli zgraną drużynę. To jeszcze zostało po czasach Solidarności. Pomagali sobie w przypadku kłopotów. Mówię trochę żartobliwie – gdyby rektor zasnął, to przyszliby i szepnęli: Panie rektorze, proszę się obudzić.
Mam takie porównanie jeśli chodzi o uczelnię. Klimatolodzy zrobili kiedyś model pogody na globie ziemskim, wszystkie prądy morskie, wiatry, wszystko co opisuje, jak funkcjonuje atmosfera Ziemi. I okazało się, że tym wszystkim, chcąc lub nie chcąc, kieruje Słońce. Może to trochę niepolityczne, by porównywać rektora do słońca, ale tak trochę jest. I potem zrobili psikusa i „wyłączyli” Słońce. I jeszcze osiemnaście dni to wszystko działało siłą rozpędu. Podobnie było z rektorem – można go było „wyłączyć” na chwilę i nic się nie stało.
Miałem niesamowite szczęście pracować z dobrymi ludźmi.

Ma Pan więc dużą rodzinę, także dosłownie, na uczelni.
Tak jakoś się złożyło. Mam brata i dwie siostry. Sióstr nigdy uczelnia nie interesowała, ale mój młodszy o trzy lata brat był chemikiem. Chemikiem zapalonym, dwukrotnym zwycięzcą olimpiady chemicznej. Nawet zegarek dostał w nagrodę za te osiągnięcia! Studiował chemię, ale poszedł do tak zwanych niskich temperatur i był tam bezpośrednio w zakładzie profesora Trzebiatowskiego.
Za to moja szwagierka, czyli jego żona, była na Wydziale Chemicznym profesorem. Niedawno zresztą odeszła na emeryturę. Jeśli chodzi o mojego bratanka, Maćka, to jest on absolwentem WPPT. I tam został do dziś. A z kolei mój syn, Wojciech, jest fizykiem, ale odnajduje się także w humanistyce. Mnóstwo czyta, ma tysiące książek – czyste szaleństwo, bo trzyma to w domu. Wojciech jest fizykiem teoretycznym. Jakoś tak się złożyło, że brakowało na uczelni pracowników i został na Politechnice. Jak i ja kiedyś.
Zresztą, nie wiadomo było, jaką drogę obierze, bo kończąc liceum jako prymus był zachęcany zarówno przez matematyczkę, jak i polonistkę do tego, by zająć się w przyszłości tymi odległymi od siebie dziedzinami.
Pana żona też pracowała na Politechnice. Romantyczna historia na uczelni?
Raczej typowa (śmiech). Pracowałem już jako asystent prowadzący ćwiczenia. Przyszła żona była więc moją studentką. Siedziała w ostatniej ławce podczas zajęć z elektroniki, dokładniej z lamp elektronowych.
I zaiskrzyło?
Tak, tak. Uważałem jednak, że jako prowadzący zajęcia nie mogę zachowywać się nieetycznie i proponować jej spotkania. No i moje usposobienie! To nie było najłatwiejsze zadanie. Odczekałem więc chwilę, kiedy skończy semestr.
I kiedyś – nie wiem do końca czy to był los, czy trochę mu pomogłem – zaczęliśmy rozmawiać o muzyce i umówiliśmy się na koncert. Pamiętam, że żona przyszła olśniewająco ubrana, zawsze miała niesamowity szyk. Zresztą do dziś potrafi sama coś skroić i uszyć dla siebie.
Przechodząc do sedna – w ’59 roku stanęliście na ślubnym kobiercu. Był Pan, jak na dzisiejsze czasy bardzo młodym mężem – zaledwie dwudziestotrzyletnim. Odważna decyzja.
Kiedyś było inaczej. Ludzie po prostu się pobierali, nie zastanawiali się, nie kalkulowali tyle, co dzisiaj. Nie mieli mieszkania, trudno, trzeba było sobie jakoś radzić.
A propos mieszkania… To jedno z takich dziwnych wydarzeń w moim życiu, niesamowicie pozytywnych. Przecież w pięćdziesiątych latach to można było oszaleć – mieszkanie. A my bez pieniędzy, bez niczego.
Mój kuzyn, Adam, o którym już rozmawialiśmy, powiedział mi pewnego dnia tak: „Słuchaj, widziałem ogłoszenie, że są wolne mieszkania we Wrocławiu”.
Mówię mu: „Adam, zwariowałeś, jakie mieszkania?” A on się upierał, że czytał, że jest siedemdziesiąt mieszkań na Politechnice i że trzeba się tym zainteresować. To była spółdzielnia złożona z trzech zaskakujących podmiotów: Politechniki, Monopolu Spirytusowego i Żeglugi na Odrze.

Jak się okazało spółdzielnia nie zebrała odpowiedniej ilości pieniędzy, a już właściwie miała gotowe mieszkania na Podwalu i na Placu PKWN, czyli dzisiaj Legionów. Adam mówi: Nie ryzykujemy nic, idziemy na zebranie! Kiedy tam przyszliśmy, akurat czytano listę wolnych mieszkań i pytano, kto jest chętny. Kto chętny, ten się zgłaszał.
Przecierałem oczy ze zdumienia. Zgłosiliśmy się, ale okazało się, że trzy numery wyżej na liście, już mieszkania się skończyły.
Gdzie tu szczęście?
Ale to nie koniec! Za kilka dni Adam, który był już wtedy asystentem, mówi: Słuchaj, ktoś zrezygnował, idziemy! I okazało się, że są wolne dwa mieszkania trzypokojowe. Mówię mu: Adam, to za duże. Na to on: No, przepraszam, nie ma innych!
Adam w końcu tego mieszkania nie wykupił, bo przeniósł się do Szczecina, ale ja byłem zdecydowany. Warunki były w sumie podobne jak dzisiaj – czterdzieści lat takiego kredytu, 400 zł miesięcznie i przez dwa lata po 2000 zł na kwartał. Trochę rodzice musieli nam pomóc. I proszę sobie wyobrazić, że mając 24 lata dostaję kartkę, że mam się zgłosić do spółdzielni po klucz. Pani za biurkiem pyta, jaki numer, podaje mi klucz, bez zaglądania do dowodu. Takie czasy.
Wchodzimy więc z żoną na to czwarte piętro, dokładnie nad jeszcze do dziś istniejącą księgarnią, i widzimy takie areały przestrzeni, że dech zapiera. Wcześniej mieszkaliśmy w pokoju na poddaszu, na Witelona.
Takie są w moim życiu zbiegi okoliczności, podobnie przecież było z tym, jak zostałem dziekanem. Gdybym nie został, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Być może dalej siedziałbym pod tą swoją szafą.

Ale kiedy już Pan spod niej wychodzi, życie pcha Pana w zaskakujące rejony.
Ja się tym prądom ze spokojem poddawałem. I jestem zadowolony ze swojego życia. Może mam trochę zastrzeżeń do siebie. Myślę jednak, że udało mi się bezpiecznie w życiu przez parę mielizn przejść.
Stale w zgodzie ze sobą.
Stale w zgodzie ze sobą. W życiu nie zmieniłem poglądów. Nie byłem nigdy zapisany do żadnej partii politycznej, żadnej organizacji, która kazałaby mi zmienić poglądy.
Ale w czym Pan zawiódł siebie? Mogło się coś w Pana życiu inaczej potoczyć?
Popełniłem chyba jeden błąd. Sądzę, że mogłem lepiej wybrać dziedzinę nauki, jaką się zajmowałem. Dzisiaj, mając tę wiedzę, zapewne zająłbym się matematyką lub fizyką. Dziś nauki podstawowe to moje hobby. Dużo na ten temat czytam, staram się być na bieżąco, lubię podyskutować o fizyce. Sprawia mi to wielką radość.
Myślę, że sens życia polega także na ciągłym poznawaniu świata, w coraz nowych odsłonach.
Pomaga mi w tym niewątpliwie ukochane hobby moje i mojej rodziny, czyli utrzymywanie bliskiego kontaktu z przyrodą, najlepiej dziką. Od pięćdziesięciu lat spędzamy długie letnie wakacje w namiotach i przyczepach campingowych w dzikiej części Pomorza Środkowego. W sumie przeżyliśmy tak 5 lat. Dzieci i wnuki jeździły tam z nami od pierwszego roku życia.
Żartuję, że mieszkam w Orzechowie i tylko dojeżdżam do pracy na Politechnikę Wrocławską.
